
Radził sobie dobrze. Umiał rozpalić ogień i znalazł źródełko ze słodką wodą. Zrobił dzidę do łowienia ryb w lagunie. I zbudował solidne kanu z pływakiem, mocne i lekkie. Wystarczyło zbudować coś, co pozwoli jedynie wrócić do domu, on jednak szlifował swoje kanu za pomocą noża i skóry płaszczki, dzięki czemu ślizgało się po wodzie jak szept.
Ostatniego dnia nie spieszył się. Ojciec radził mu, żeby tego nie robił. Posprzątaj obozowisko, podpowiadał. Wkrótce twoje miejsce będzie przy żonie i dzieciach. I dobrze. Czasem jednak z czułością będziesz wspominał ostatni dzień dzieciństwa. Niech to wspomnienie będzie miłe, i nie spóźnij się na ucztę.
Tak posprzątał obozowisko, że po jego pobycie nie został nawet ślad. Teraz ostatni raz stanął przed starym drzewem tabago z toporem w ręku i był pewien, że Praojcowie zaglądają mu przez ramię.
Wiedział, że wszystko pójdzie doskonale. Zeszłej nocy gwiazdy Powietrza, Ognia i Wody spotkały się na niebie. Dobry moment na nowy początek.
Znalazł wolne miejsce w miękkiej korze i podniósł topór. Kątem oka zauważył niebieski koralik przywiązany do nadgarstka; miał zapewnić mu bezpieczeństwo podczas podróży powrotnej. Ojciec przestrzegł go, że choć będzie go wtedy rozpierać duma, musi zachować ostrożność i nie wolno mu ściągnąć na siebie uwagi bogów i duchów. Przebywanie wśród duchów nie jest bezpieczne. Będzie jak mihei gawi, mały niebieski krab pustelnik, który raz do roku porzuca starą skorupę i pędzi do nowej, stając się wtedy łatwym łupem dla kałamarnic.
Niezbyt przyjemna myśl, ale miał solidne kanu, morze było spokojne i zamierzał pędzić naprawdę szybko, o tak! Zamachnął się toporem z całej siły, myśląc: Ha! Następny chłopak, który spróbuje go wyciągnąć, zasłuży sobie na to, żeby nazwać go mężczyzną.
— Mężczyźni pomagają innym mężczyznom! — zawołał, gdy kamień uderzył w korę.
