
Chciał, żeby czynność ta wywołała jakiś odzew. I wywołała, znacznie większy, niż się spodziewał. Z każdego zakątka wysepki eksplodowały w powietrze ptaki — jak chmura pszczół. Zięby, czaple i kaczki wzleciały nad zarośla i wypełniły powietrze paniką i piórami. Część większych ptaków odleciała w stronę morza, większość jednak kołowała w powietrzu, jak gdyby bały się zostać, ale nie miały dokąd się udać.
Gdy Mau schodził na plażę, otaczały go ze wszystkich stron. Jasne skrzydła śmigały mu przy twarzy jak grad i to wszystko wyglądałoby bajecznie pięknie, gdyby nie to, że wszystkie ptaki co do jednego korzystały z tej okazji, żeby się porządnie wypróżnić. Jeśli się spieszysz, nie ma sensu dźwigać niepotrzebnego balastu.
Coś jednak było nie tak. Czuł to w powietrzu, w nagłym spokoju, w nagłym poczuciu, że na świat naciska coś ciężkiego.
I wtem to coś uderzyło w Mau i rozciągnęło go na piasku. Jego głowa chciała eksplodować. Czuł się jeszcze gorzej niż wtedy, kiedy za długo grał w kamienie. Coś napierało na świat jak wielka szara skała.
Potem ból minął, w okamgnieniu, tak szybko jak się zjawił. Mau dyszał i kręciło mu się w głowie, a nad nim wciąż fruwały roje ptaków.
Gdy podniósł się z trudem, wiedział tylko, że nie jest to już dla niego bezpieczne miejsce, i jeśli była to jedyna rzecz, jaką wiedział, przynajmniej czuł ją każdym paznokciem i każdym włoskiem na ciele.
Na bezchmurnym niebie zagrzmiało i ten jeden potężny grzmot długo odbijał się od horyzontu. Wciąż go było słychać, kiedy Mau chwiejnym krokiem dobrnął do maleńkiej laguny, gdzie w białym piasku na skraju wody czekało na niego kanu. Lecz spokojne zazwyczaj wody… tańczyły, tańczyły jak podczas ulewnego deszczu, chociaż wcale nie padało.
Musiał uciekać. Kanu z łatwością wślizgnęło się do wody i Mau zaczął wiosłować rozpaczliwie w stronę przerwy w rafie, która prowadziła na otwarte morze. Pod nim i wszędzie dookoła ryby robiły to samo…
